W 2010 roku pojechaliśmy z kolegą Małym na początku czerwca na wycieczkę do stolicy Republiki Federalnej Niemiec.
Do Berlina zawsze warto, a że mieliśmy jeszcze zaległości po dwóch wizytach, trzeba było jechać. Okazją był długi weekend czerwcowy, a że Aga nie miała ochoty i chciała odpocząć ode mnie (sic!) pojechaliśmy z kolegą Małym. Punkt zaczepienia ten sam, czyli akademik w Słubicach. Może termin nie był najlepszy, bo główna fala popowodziowa jeszcze nie przepłynęła przez miasto, ale co tam. Kolega Mały zadzwonił, zarezerwował i odpalił swoją kosmiczną bryczkę (ach … klima) i w środę 2 czerwca poszlllliiiii.
Pod wieczór zajechaliśmy na miejsce. Akademik inny niż poprzednio, bliżej Odry. No i zaskoczenie - pod drzwiami worki z piaskiem! No jednak coś z tą wodą jest na rzeczy …..
Okazało się, że rezerwację mamy, ale od jutra i to na jeden dzień. Dużo osób raczej nie przyjechało do miasta, gdzie wały mogą nie wytrzymać i ogłoszono stan alarmu powodziowego, więc nie było problemu z pokojem. Pani nawet zaciekawiła się nami i po dokładnym obejrzeniu nas, zadała pytanie: A co Panowie będziecie robić tak długo w Słubicach? Pewnie swoje zdanie o nas już sobie kobiecina wyrobiła….
Warunki na zgrupowaniu mieliśmy niezłe i to nie prawda, że dach przeciekał …No warunki gorsze niż poprzednio, ale ten sam schemat. 2 pokoje (do niedzieli nie dokwaterowali nam nikogo) z kuchnią, łazienką i wc. Okazało się, że na Internet nie mamy co liczyć, a muzyczkę tylko posłuchamy z mojej mp3. No nie przygotowaliśmy się, trudno. Tak dobrze rozpoczętą wycieczkę trzeba było odpowiednio przywitać…..
Nowością w wypadzie były rowery, co pozwoliło nam zobaczyć miejsca dotąd pomijane w stolicy Rzeszy.
